SKOCZ TU!!!

Prima aprilis na co dzień...- Głos Robotniczy 1978 rok
Prima aprilis na okrągło - Polityka 1999 rok
Waldemar Łysiak o złośliwościach prima aprilisu- Tygodnik Solidarność 1995 rok

 

[WRACAJ] [wróć do strony głównej]

Głos Robotniczy

nr74/1978 s.5

Prima aprilis na co dzień...

Do primaaprilisowych tradycji należy już, że gazety zamieszczają w tym dniu na swych łamach wyssane z palca informacje, uprawdopodobniają je, prześcigając się w nabieraniu Czytelników na niewinne, pierwszokwietniowe kawały... A to bogaty szejk, przebywający akurat w mieście przejazdem skupuje stare lampy, a to w gminie N. pojawił się pterodaktyl, niezłym dowcipem (starym, ale jarym i co roku chwytającym) jest anons o poszukiwaniu odtwórczyni głównej roli w filmie - np. "Gapiowata". "Kandydatki proszone są o zgłaszanie się tam a tam o godzinie...".

Na łódzkich łamach gazet modne bywały "na apryla" zagadki archeologiczne (np. nowo odkryte lochy, najchętniej na Rynku Starego Miasta), kawałki przyrodnicze (słoń z dwiema trąbami, bobrowe żeremia na Zdrowiu), w ubiegłym roku donosiliśmy na macierzystych łamach o polskiej wersji filmu "Szczęki".Chodziło o kłopoty nabywców z zakupem szczęk hamulcowych do "Fiata 125". "Numer", niestety, ciągle aktualny... I otóż to. Ileż to prawdziwych faktów,zdarzających się na co dzień, mogłoby konkurować nieprawdopodobieństwem z primaaprilisowymi dowcipami. Niestety, nie o te zaskakujące fakty, będące zbiegiem nieprawdopodobnych okoliczności mi idzie, lecz o te powszednie sytuacje, gdzie “wic sprawy” boleśnie dotyka klienta, petenta, pasażera, przechodnia...

Oto buty, które rozkleiły się po 2 tygodniach, a na reklamację klienta rzeczoznawca handlowej firmy odpowiada: "W rzeczonych butach nie stwierdzono wad fabrycznych"... Kto się na to nie dał nabrać? - Nie widzę, nie słyszę...

Oto pracownik, który dochodząc wynagrodzenia za źle wyliczony urlop dociera aż do najwyższych instancji, by po dwóch latach otrzymać swoje pieniądze...

Pasażer, który dowiaduje się, że pociąg relacji Warszawa-Wschodnia -Wrocław ma już w Koluszkach...80 minut opóźnienia...

Osobiście wolałbym być nabrany raz, a dobrze na prima aprilis niż spotykać się z takimi "figlami" na co dzień.

...Albo takie "numery": następuje uroczyste otwarcie społecznie ważnego gmachu, przecięcia wstęgi - etc. Potem okazuje się, że pewne mechanizmy funkcjonowały tylko w dniu otwarcia... Albo nawożenie piachu na plażę, aby "pokazać się", a potem - "abarotno" - przywózka na budowy...

Wesołych smutków dostarcza w omawianym przedmiocie przemysł, nazywając dawno obecne na rynku wyroby nowymi nazwami - "wsuwki damskie" buty), "zwis"(żyrandol), "trójkąt męski" (slipy)...

Zbyt często nabieramy się - jako producenci - handlowców, jako handlowcy - klientów, jako klienci i producenci zarazem -znowu dystrybucje - i tak kółeczka zamykają się. I cały dowcip w tym, że permanentny prima aprilis jest zjawiskiem cokolwiek męczącym. (m.m.)

[WRACAJ] [wróć do strony głównej]


[WRACAJ] [wróć do strony głównej]

Polityka

nr 14/1999

Prima aprilis na okrągło
Samo życie ma nieograniczone poczucie humoru
Przedstawiamy listę zdarzeń autentycznych, które wyglądają tak, jakby je wymyślił satyryk do programu kabaretowego lub dziennikarz do primaaprilisowego wydania gazety.
 
Najnudniejsze gazety wychodzą 1 kwietnia na prima aprilis, kiedy to dziennikarze koniecznie chcą nas rozśmieszyć, publikując garść informacji od początku do końca wyssanych z palca. Mimo to i tak co roku pełni nadziei kupujemy taką gazetę, aby na przekór wszystkiemu spróbować się nieco pośmiać, a przy okazji wytropić te fałszywe doniesienia, zręcznie wydłubując je z masy doniesień mniej lub bardziej prawdziwych, co niestety udaje nam się od razu i to bynajmniej nie dlatego, że jesteśmy szczególnie inteligentni. Chwilę potem opadamy na fotel z uczuciem znudzenia i rozczarowania, bo wiemy już, że jak co roku zamiast czegoś naprawdę śmiesznego, zaserwowano nam tę samą wymęczoną na redakcyjnych komputerach cieniznę.

O wiele ciekawsze bywają gazety w pozostałe dni roku, kiedy dowcipy i sytuacje wymyśla, nie czekając na prima aprilis, samo życie, które, jak to życie, ma poczucie humoru nieograniczone. Co więcej, umie ono sprawić, ażeby te wymyślone historie zdarzały się naprawdę, czego dziennikarze na szczęście jeszcze nie potrafią, chociaż niektórzy starają się. Życie pracowicie dowcipkuje przez okrągły rok i - jak to się mówiło w minionych czasach gospodarki planowej - regularnie oddaje prima aprilis przed terminem. Oto kilka przykładów tej radosnej twórczości z ostatniego okresu.

Zdrowy tego nie wymyśli

Jak wiadomo, sytuacja w niektórych placówkach służby zdrowia ma już niewiele wspólnego ze zdrowiem. W krakowskim szpitalu na przykład, prywatna firma zainstalowała dla pacjentów telewizory, które pokazują obraz dopiero po wrzuceniu do specjalnego otworu monety dwuzłotowej. Sześć godzin emisji kosztuje cztery złote, zaś dwanaście godzin - o dwa złote więcej. Chorzy, których nie stać na włączenie telewizora, protestują, ponieważ nie mogą śledzić na bieżąco pasjonujących relacji z innych szpitali. Tymczasem w niektórych sytuacja przypomina już kryzys na Bałkanach.

W szpitalu w Miechowie doszło do tego, że dyrektor zmuszony był urzędować z nabitym pistoletem w kieszeni, zaś personel nosił do pracy pałki i paralizatory elektryczne. Kiedy grupa przeciwników dyrektora postanowiła wyciągnąć go za włosy z gabinetu, a następnie wyrzucić przez okno, dyrektor w celu przywrócenia porządku otworzył ogień. Po kilku minutach ostrzeliwującego się ostrą amunicją dyrektora co prawda unieszkodliwiono i zwolniono, ale pacjenci boją się, że z braku innego sprzętu specjalistycznego obyczaj używania broni palnej może przyjąć się w szpitalach na stałe.

Myślenie nogą

W polskim wojsku, inaczej niż w służbie zdrowia, obyczaj strzelania powoli zanika, ponieważ na amunicję nie starcza już pieniędzy. Z nudów wojsko przejadło z kolei zapasy i jak donosi prasa, jedzenia starczy mu zaledwie na 10 dni walki. Słabo jest także z bielizną osobistą którą, jak ustaliła Najwyższa Izba Kontroli, w niektórych jednostkach zmienia się już tylko raz na miesiąc. - Żołnierz polski niestety śmierdzi - ubolewa NIK, którego służby przewąchały sprawę dokładnie.

Jak się okazuje, źle jest nie tylko z żołnierzem, ale także z jego sprzętem. Udało się odkryć, że jest on nieergonomiczny, czyli po prostu nie nadaje się do użycia. Wojskowe menażki specjaliści zaprojektowali na przykład w ten sposób, żeby nie można z nich było wyjeść wszystkiego. Nie bardzo wiadomo, o co tym specjalistom chodziło, niewykluczone, że o rozwój osobowości poborowych, dla których jedzenie stało się nieoczekiwanie testem na inteligencję. Na szczęście żołnierskie sztućce udało się zaprojektować w ten sposób, że można się nimi posługiwać, nie raniąc się dotkliwie.

Podobno przyszłość armii rysuje się w nieco jaśniejszych barwach, ponieważ po wejściu do NATO żołnierze dostaną okrągłe menażki z nierdzewnej stali, które da się gruntownie spenetrować nie tylko ręką, w związku z czym będzie się wreszcie można najeść kulturalnie i do spodu. Wszystkim cieknie ślinka, ponieważ zostanie także udoskonalona norma żywnościowa 010. Na żołnierskim stole pojawią się trzydaniowe obiady, surówki, kefiry, a nawet płatki kukurydziane. Zapowiadane są inne, ciekawe innowacje.

Niestety nad wielką reformą armii zawisła czarna chmura, albowiem minister obrony Janusz Onyszkiewicz zerwał sobie ścięgno Achillesa, co, jak sam przyznaje, szalenie skomplikowało jego mobilność, a także pracę koncepcyjną. Minister ujawnił, że zwykle myśli chodząc, a ponieważ teraz nie może chodzić, myślenie znacznie gorzej mu wychodzi. Wszyscy czekają w napięciu na to, co w tej sytuacji wymyśli.

Polska idzie na Wilno

Nawiasem mówiąc, jakaś tęga głowa przydałaby się polskiej armii bardzo pilnie, w przeciwnym bowiem razie plany naszych sztabowców, z oczywistych względów zorientowane na Zachód, mogą nieoczekiwanie popsuć siły znacznie potężniejsze i o wiele bardziej tajemnicze od tych, o których wszyscy wiemy. Sprawa wygląda groźnie: oto, jak ustalili badacze skupieni wokół Środkowo-Europejskiego Regionalnego Projektu Geodynamicznego (CERGOP), kraj nasz z szybkością 6 milimetrów na rok przesuwa się na północny wschód, a zatem zupełnie gdzie indziej, niż znajduje się Bruksela i nasi sojusznicy.

Dramaturgii całej tej historii dodaje fakt, że Polska, kraj dotąd stabilny, lider reform w regionie, przesuwa się zupełnie samoczynnie (w co oczywiście trudno uwierzyć politykom niektórych opcji). Jak tak dalej pójdzie, niedługo zderzymy się z Litwą, pójdziemy na Wilno (trudno będzie przekonać Litwinów, że zawiniły ruchy skorupy ziemskiej), a następnie Pribałtikę wypchniemy z Europy, a sami wylądujemy na Sołowkach, co z pewnością poważnie zmniejszy zaufanie zachodniego kapitału do naszego kraju.

Ciałka przyjadą

Niedawno biuro rzecznika praw obywatelskich rozważało możliwość ścigania redakcji gazet, drukujących ogłoszenia agencji towarzyskich, otrzymuje ono bowiem listy od obywateli informujące, że ogłoszenia te ociekają wyuzdanymi propozycjami zachęcającymi do uprawiania płatnego seksu (np. "Ewa przyjmie Adama w Raju", "Angelika odwiedzi dyskretnie" czy też "Ciałka przyjadą"). Zaniepokojony zastępca rzecznika przesłał prokuratorowi krajowemu próbkę podejrzanego materiału prasowego prosząc o odpowiedź na pytanie, czy coś takiego dałoby się przykładnie ukarać jako proceder ułatwiania nierządu w celu osiągnięcia korzyści materialnej. Prokurator niezwłocznie przekazał materiał do analizy.

Oburzenie piszących listy jest zrozumiałe zważywszy, że po pierwsze: zjawisko jest wysoce naganne, a po drugie: ceny proponowanych usług są wyśrubowane i co tu gadać, nie na każdą kieszeń. Nie ma wątpliwości, że sytuacja nie jest zdrowa - bogacą się dawcy seksu, satysfakcji doznaje wąska grupa dobrze sytuowanych biorców, na swoje wychodzą gazety, a traci jak zawsze zwykły obywatel, którego omija zarówno przyjemność jak i skromny choćby zysk. Oczywiście malkontenci powiedzą, że ten szlachetny wysiłek podjęto z niewłaściwej strony, bo przecież więcej sensu ma walka z nierządem jako takim, zamiast z gazetami drukującymi ogłoszenia, ale przecież od czegoś trzeba zacząć.

Te drzwi nie przejdą

W nowatorski sposób próbuje się walczyć nie tylko z nierządem. Bezkompromisowy prezes Głównego Urzędu Ceł postanowił na przykład zadać bolesny cios przemytniczemu podziemiu poprzez nieuruchamianie za wszelką cenę nowiutkiego terminalu celnego w Koroszczynie, przy granicy z Białorusią.

Po kilku latach intensywnych konsultacji i uzgodnień, w których udział brało kilka rządów oraz sam GUC, okazało się, że otwarcie wybudowanego kosztem 150 mln złotych terminalu tylko ułatwi pracę przemytnikom i wydatnie zwiększy ich obroty. Zdaniem prezesa, Koroszczyn to inwestycja chybiona, budowlany knot, nie spełniający wymogów GUC i Straży Granicznej (jako szczególnie korupcjogenne określił jedne drzwi, które ostatecznie kładą inwestycję). Co gorsza, terminal wybudowano zupełnie nie w tym miejscu co trzeba, bo za daleko od granicy i już choćby z tego powodu nie ma żadnej możliwości jego uruchomienia.

Na razie trwają próby przekonania prezesa przez Sejm RP, który jest zdania, że nowy terminal ma jednak kilka istotnych zalet. Kto wie jednak, czy w zaistniałej sytuacji prostsze nie byłoby przesunięcie granicy z Białorusią?

Dwaj w jednym

Przykład Koroszczyna pokazuje, ile może jeden urzędnik, jeśli tylko mu się chce. A co dopiero, jeśli urzędników jest dwóch, a na dodatek zajmują jedno i to samo stanowisko? Pionierem tego rozwiązania są Kielce, którymi przez pewien czas ostro rządziło dwóch prezydentów. Każdy miał swój zarząd, pieczątki, gabinet i ambicje. Co ciekawe, obaj traktowali swoje obowiązki zupełnie serio twierdząc, że to właśnie oni są prawdziwymi prezydentami, a ten drugi to przebieraniec. Każdy wydał nawet w tej sprawie specjalne zarządzenie organizacyjne. Oba miały numer 9.

Dlaczego Kielce nie pogrążyły się w tym czasie w kompletnym chaosie, nie wiadomo. Znawcy twierdzą po prostu, że Kielce to organizm na tyle odporny na władzę, że zniszczyć mogłoby je dopiero równoczesne urzędowanie co najmniej pięciu prezydentów. Faktem jest, że miasto przez cały czas funkcjonowało bez większych zakłóceń, jeśli nie liczyć tego, że na obchodzone tu czy tam uroczystości otwarcia lub odsłonięcia, wbiegały naraz dwie ekipy prezydenckie, walcząc o to, który prezydent przetnie wstęgę lub pierwszy wręczy kwiaty. Urzędnicy magistraccy starali się przyjąć zaistniałą sytuację ze spokojem i powagą, co oczywiście nie przyszło łatwo. Panowała opinia, że chociaż chętni do rządzenia prezydenci trochę w normalnej pracy magistratu przeszkadzają, to jednak i tak nie bardziej, niż przeszkadzałby każdy z nich osobno.

Okazało się za to, że kryzys na szczytach kieleckiej władzy zupełnie sparaliżował działania miejscowej policji. Kiedy zawiadomiono ją, że jeden z prezydentów włamał się do własnego gabinetu (w drzwiach którego rywal chytrze zmienił zamki), przybyli na miejsce funkcjonariusze zwyczajnie nie umieli poradzić sobie z napisaniem notatki służbowej. Prawdopodobnie zabrakło im słów.

Płakać, ale dawać

Tego, jak uczciwie rządzić, obaj prezydenci Kielc mogliby się uczyć od innego urzędnika z tego regionu - byłego już (a szkoda) wojewody kieleckiego, który do rzadkiej perfekcji doprowadził trudną sztukę liczenia się z każdą złotówką. Rozsądek nie opuścił go nawet ostatniego dnia urzędowania, kiedy to przekazał Zakładowi Opieki Zdrowotnej w Skarżysku-Kamiennej dwa złote z nadwyżki budżetowej z poleceniem, aby połowę tej kwoty przeznaczyć na cele ogólne, połowę zaś - na zakup towarów i usług.

Patrząc na taką nadwyżkę, złośliwi doszliby do wniosku, że kot by więcej napłakał (ze śmiechu). Ale dyrektor ZOZ, człowiek doskonale znający potrzeby placówki, zamiast hamletyzować, jedną złotówkę niezwłocznie przeznaczył na fundusz płac, a drugą złotówkę na zakup mammografu.

W Niedziałkach czarno widzą

O ile w samych Kielcach ludzie pchają się do rządzenia drzwiami i oknami, o tyle już w odległej o 50 kilometrów wsi Niedziałki, powiat Staszów, rządzić nie ma komu. W pewnym momencie sytuacja była na tyle dramatyczna, że do rządzenia zdecydowano się wydelegować znajomego Murzyna z Zairu (jedynego we wsi), będącego jednocześnie kościelnym w miejscowej kaplicy i doktorem z wykształcenia. Jak taki mądry, niech rządzi, zdecydowała miejscowa społeczność i uczyniła doktora Kalondji radnym z listy SLD.

Niedziałki nie kryją, że w nowej sytuacji liczą na szybki rozwój, jednak sceptycy są zdania, że ten przeszczep się nie przyjmie, bo lokalny organizm nie wytrzyma. Niepokoją ich także nie do końca przemyślane deklaracje radnego Kalondji, który podkreśla, że w swojej pracy będzie się posługiwał tylko prawdą, nie będzie zaś obiecywał niczego na wyrost.

- To sprawdziłoby się może w Zairze, ale nie u nas - narzekają najwięksi pesymiści. Pierwsze oznaki osłabnięcia radnego z Czarnego Lądu już się zresztą pojawiły. Kiedy doktora Kalondji zapytano, czy chce jakąś posadę w urzędzie, odmówił.

Co to za buźka

Na Niedziałki w powiecie miechowskim jeden rozumny Murzyn w zupełności wystarczy, ale na Polski Związek Piłki Nożnej w Alejach Ujazdowskich na pewno nie, tym bardziej że obecna sytuacja w tej instytucji znacznie odbiega od wszystkich znanych afrykańskich standardów. Konflikt między ministrem Jackiem Dębskim a prezesem PZPN Marianem Dziurowiczem ujawnił prawdziwe oblicze polskiego futbolu. Okazało się, że jest to buźka wredna i zapyziała. Buźką tą polski futbol od lat straszy niewinnych kibiców i sponsorów, którzy jak kania dżdżu wyczekują jakiejś odmiany.

Odmianę taką obiecał sam przyparty do muru prezes zapowiadając, że jako człowiek honoru ustąpi, jeśli będzie trzeba. Niestety, próba ustąpienia zakończyła się niepowodzeniem.

- Czy moja buźka się komuś podoba, czy nie, są zasady, które reguluje statut - powiedział na niedawnym zjeździe PZPN prezes, dając tym do zrozumienia, że pierwszą zasadą jest to, że żadnych głosowań w sprawach personalnych nie będzie, a kierować związkiem będzie on jako osoba, do której sam ma największe zaufanie.

Na koniec przyrzekł, że jako człowiek honoru słowa dotrzyma i nie będzie ponownie kandydował, ale dopiero na następnym zjeździe w XXI wieku.


SŁAWOMIR MIZERSKI

[WRACAJ] [wróć do strony głównej]


[WRACAJ] [wróć do strony głównej]

Tygodnik Solidarność

nr15/1995 s.16

Anty-Dürerowska złośliwość prima aprilisu

(Errata do "Wysp bezludnych")

 

"Efekt błędu to czasami wstyd, ale niekoniecznie hańba. Hańbą jest mieć świadomość swego błędu i nie przyznawać się do niego. Naucz się przyznawać do swych błędów bez zwłoki i przepraszać za nie tych, których przeprosić trzeba".

(Stanisław Łysiak)

Tradycja pierwszokwietniowego zwodzenia bliźnich ma baaardzo długą brodę, chociaż trudno wyrokować jak długą. Niektórzy wskazują prastarych Celtów żartujących z siebie podczas święta wiosny. Inni -- rzymskie obchody Cerealiów lub średniowieczne widowiska pasyjne, w ramach których grano posyłanie Chrystusa "od Annasza do Kajfasza". Wszyscy jednak są zgodni, że trwałym impulsem primaaprilisowych"przekrętów" był 1564 rok, kiedy to król Francuzów, Karol.IX, "przekręcił" termin Nowego Roku z 1 kwietnia na 1 stycznia. Dzięki temu zdetronizowany l kwiecień stał się dniem wygłupów i uciesznych łgarstw. Zrazu praktykowano zwyczaj wręczania krewnym, bliskim lub sąsiadom bezwartościowych prezentów zastępujących podarunki noworoczne. Były to głównie "śmiszne" atrapy, zwane "rybami kwietniowymi", bo i kwietnia objęto dla pucu zodiakalnym znakiem Ryb.

Później utrwaliła się tradycja "robienia w konia" fałszywą informacją lub kompromitującą sytuacją, a najlepsze żarty przechodzą do legendy bądź do historii, jak chociażby niemiecki "bluff z Metz".

31 marca 1873 roku generał-komendant garnizonu w Metz otrzymał depeszę sztabu generalnego: "Pociąg Jego Wysokości Szacha Persji minie Metz blisko czwartej nad ranem. Garnizon ma zapełnić perony dworca i salutować". Rozkaz Berlina został wykonany z niemiecką sumiennością; ostre pogotowie, kilkugodzinne czyszczenie broni, mundurów i peronów, dekoracje, lampiony, sztandary i fanfary, wreszcie parę godzin czekania w szyku zwartym i na baczność. Gdy stało się jasne, że depesza była hecą primaaprilisową, żołnierze dostali furii i eksplodowały zamieszki.

Polska od paru lat łamie tradycję prima aprilisu, primaaprilisując nie tylko 1 kwietnia, lecz dużo częściej, właściwie na okrągło. Tzw. "bluff z Magdalenki" (przyjazd pociągu DDD- Dekomunizacja, Demokracja, Dobrobyt) wywołał euforię społeczeństwa zakończoną tzw. "rękami w nocniku". Później część społeczeństwa zrobiła braciom i siostrom prima aprilis 19 września roku 1993. Po drodze było mnóstwo drobniejszych, acz bardzo spektakularnych prima aprilisów, jako to: czerwcowa noc wampirów w sejmie, bankowe, handlowe, kontrabandowe, prywatyzacyjne tudzież inne "przekręty" za biliony złotych- pchanie NATOfobów do foteli MON-u i UOP-u, etc.,etc. Nieustający festyn prima aprilisu sarmackiego.

Kronikarski i polityczny wstęp odwaliłem, mogę tedy przejść na forum własnych spraw. Choć nie tylko własnych, bo sprawa, która zdeterminowała mi pisanie niniejszego artykułu, jest również sprawa moich Czytelników, przez Łysiaka mimowolnie obałamuconych. Dziwny traf - uświadomiłem to sobie 1 kwietnia roku bieżącego! Co sobie Łysiak uświadomił? Że dziesięć lat temu prawdopodobnie zrobił z siebie idiotę, po czym sprzedał prawdopodobnie fałsz kilku milionom ludzi.

Tylu bowiem ludzi (zważywszy dwie wielonakładowe edycje plus biblioteczne i prywatne wypożyczanie książek) czytało moje "Wyspy bezludne", gdzie pewna genialna grafika została chyba błędnie przypisana mistrzowi, który według sawantów nie był jej twórcą i mógł nie być nawet współtwórcą.

Kto z nas pamięta swoje prima aprilisy? Są pewnie tacy, co pamiętają ten czy ów szczególnie ciekawy kawał, lecz myślę, że jest takich niewielu. Ja, chociaż jestem zodiakalną Rybą, uprzednio nie miałem żadnych powodów, by zakonotować sobie któryś 1 kwiecień. Tegoroczny będę pamiętał do końca życia. Życie bowiem zrobiło mi owego dnia taki primaaprilisowy numer, iż caluteńką noc 1/2 kwietnia nie zmrużyłem gał, z przerażenia kwadratowych i wbitych w uczone rozprawy akademików. Lecz po kolei.

Bohaterem mojej tragedii jest Albrecht Dürer. Raczej nisko cenię go jako malarza (wyjąwszy dwa autoportrety, ten dandysowski z Prado i ten "Chrystusowy" z Monachium), zawsze natomiast wielbiłem go jako grafika. "Wyspy bezludne" mają ilustracji 228 (pierwsze wydanie) i 168 (drugie), jednak mimo tych różnic oba wydania zaczynają się ikonograficznie tak samo, od "Melancholii" Dürera, i kończą tak samo, "Chrystusem" vel "Głową Chrystusa" (il. nr 1). Finałowy podpis brzmi: "Albrecht Dürer,<<Chrystus<<". Nie miałem prawa podpisać "Chrystusa" nazwiskiem Dürera.

Dlaczego tu zrobiłem? Z kilku przyczyn. Przede wszystkim za sprawą własnej ignorancji i własnego niedbalstwa, a trochę za sprawą legendarnego ,"Hamiltona" (Jana Zbigniewa Słojewskiego). Słojewski był najlepszym felietonistą doby środkowego PRL-u. Moje pokolenie upijało się Jego brawurowymi dywagacjami (pól-felietonikami, pól-eseikami) w "Kulturze", którym dorównał później tylko Głowacki cudownym felietonem o Attyli. Jako fan "Hamiltona" łykałem Słojewskiego wręcz bałwochwalczo, lecz pamiętam, że wyjątkowej (to jest większej od regulaminowej) euforii dostałem po przeczytaniu felietonu na temat "Głowy Chrystusa" Dürera. Ów felieton nie byt ilustrowany, więc w rodzinnej - bibliotece znalazłem drzeworyt z "Głową". I zakochałem się bez pamięci. A później, gdy dawałem ją do "Wysp bezludnych", podpisałem bez wahania:

"Albrecht Dürer". Dlaczego zresztą miałbym się wahać?

Dzieło jest sygnowane znanym firmowym monogramem Dürera i wewnątrz licznych albumów Dürerowskich, które od dzieciństwa wertowałem w domu, było opisane jako praca Dürera. Więc w mojej głowie też się na amen zakodowało jako sztych Dürera. Tak na amen, iż nie spełniłem przykazania, które winno być święte dla uczonego: sprawdzaj tysiąc razy każdy, detal, choćbyś był stuprocentowo pewien, iż się nie mylisz!

Mylą się wszyscy, pamięć płata figle. Zdarzyło mi się nazwać stary wizerunek św. Wojciecha, wizerunkiem św. Stanisława (horrendum!). Zdarzyło mi się słowa Disraelego o gradacji kłamstw włożyć w usta Churchilla (mniejsze horrendum, bo Churchill cytował je z lubością). Zdarzyło mi się pomylić styl przerzutowy skoczków ze stylem grzbietowym ("Fossbury flop"). Więcej grzechów nie pamiętam. Lepiej pamiętam grzechy innych; mogę je wskazać wewnątrz każdej naukowej pracy, którą miałem w ręku - nie ma historiografii bez omyłek.

Historiografia sztuki jest ich pełna. Moje egzemplarze książek prof. Białostockiego są upstrzone czerwonym długopisem. Błędy w renomowanej "Historii sztuki" Jansona oraz w dziełach innych gwiazdorów zabijają mnie śmiechem. Nawet głośna seria "L'opera pittorica completa" wydawnictwa Rizzoli nie jest wyzbyta głupot. Kilka dni temu, chcąc sprawdzić, co prof. Bartel (superekspert problemów perspektywy) pisze o anamorfozie, spostrzegłem u niego tyczący "Ambasadorów" Holbeina błąd wręcz dziecinnej, czyli kompromitującej rangi. Mylą się wszyscy, najwięksi, śmiać się można z każdego. Lecz boli tylko wtedy, gdy człowiek musi rechotać z samego siebie, bo to jest śmiech do melodii zgrzytających zębów.

Rodzimi publicyści zajmujący się kulturą demonstrują erudycję wszechstronną jak umysł Leonarda, w tym znajomość sztuki plastycznej, która imponuje tzw. szaremu czytelnikowi, lecz fachowca zwala na dywan. Donatello jest uporczywie mianowany malarzem ("gratulacje" m.in. dla "Polityki"!).

Rekonstrukcja, restauracja i konserwacja zabytków są uważane za jedno i to samo, żongluje się tymi terminami dowolnie, od czego specowi fryzura siwieje. Lecz ja nie jestem wszechwiedzącym dziennikarzem, tylko gościem po paru fakultetach, więc nie wolno mi robić kretyńskich błędów. Jakie mam na sumieniu grzechy względem "Głowy Chrystusa"? Aż trzy. Raz, że zaniechałem zweryfikowania sprzedawanej informacji, a przy pisaniu sprawdzać trzeba wszystko, z własnym nazwiskiem włącznie. Dwa, że zapomniałem, iż domowa biblioteka pełna jest książek starych (vulgo: rozpraw zdezaktualizowanych), więc fakt, iż widziałem tam "Głowę Chrystusa" opisywaną jako praca Dürera, ma znaczenie mizernego rzędu.

Wreszcie trzy - że uznałem sygnaturę twórcy za dowód autorstwa.

Wszystkie tzw. dowody autorstwa można podrobić. Primo:

można podrobić warsztat (styl) każdego mistrza. Pół wieku temu Holender van Meegeren genialnie podrabiał Venneera, wprowadzając w błąd najwybitniejszych ekspertów, a węgierski Francuz, Elmyr de Hory, tak fenomenalnie pastiszował maniery twórców "epoki Montparnasse", że niektórzy z nich (Dufy, Picasso) cichcem sygnowali prace de Hory'ego, bo były lepsze od ich własnych. Komisja weryfikująca spuściznę Rembrandta zdyskwalifikowała już ponad trzecią część Jego rzekomego dorobku, w tym obrazy, które uchodziły za główne arcydzieła mistrza i którymi kraszono okładki Rembrandtowskich albumów (np. "Mężczyzna noszący zloty hełm" z muzeum berlińskiego). Muzea świata pełne są falsyfikatów, więc coraz to któreś "oryginalne arcydzieło" ulega zdemaskowaniu i jest wywalane za bramy ekspozycji tudzież za strony encyklopedii.

Polakom przydałaby się, na wzór Komisji Rembradtowskiej, komisja dla weryfikacji spuścizny Fałata i Wojciecha Kossaka, bo przed wojną sekretne wytwórnie lewych Fałatów i Kossaków pracowały bez urlopów.

Malwersuje się również ekspertyzy. Gangrena ta żre Wschód i Zachód; grzeszą eksperci renomowanych domów aukcyjnych, takich jak Sotheby's i Christie's (gdy wybucha tam skandal, szefowie mówią o "pomyłce" lub o "prawie do błędu"),a to, co się dzieje nad Wisła... Mógłbym przytoczyć "środowiskowe" anegdoty, które uniosłyby włosy Czytelnika, jednak zmilczę, bo w tym "środowisku" noże fruwają nie gorzej niż w Pruszkowie lub Wołominie, a i po trybunałach głupio się włóczyć. Krótko mówiąc: pewni eksperci "za flaszkę" lub za prowizję są gotowi dać Cyrograf, że landszaft waszej cioci to dzieło Gierymskiego, Chełmońskiego lub Malczewskiego, do wyboru, do koloru..

Funkcjonuje również na rynku kupa fałszywych ekspertyz z czasów okupacji. Generalicja szwabska snobowała się kolekcjonersko. Karmili tę pasję czołowi polscy malarze, fabrykując dla Niemca "oryginały" dawnych mistrzów, a najgłośniejsi polscy eksperci (m.in. prof. Kopera) wystawiali tym fałszywkom lewe ekspertyzy. W efekcie patriotycznego sabotażu rynek jest dziś zalany lipą malarską, której autentyzmu bronią ekspertyzy "nie do odrzucenia". Kilka lat temu ukułem powiedzonko, iż "ekspertyzy autentyczności dzieł sztuki mogą rzetelnie służyć jednemu celowi - podcieraniu tyłka", i ten bon-mot robi ogólnopolską karierę, choć nie każdy, kto nim szermuje, wie, że Łysiak go spłodził.

Wreszcie problem fałszywych sygnatur. Przed paroma laty na pewnej aukcji sprzedano sygnowane dzieło Wyspiańskiego, które kilka miesięcy wcześniej brylowało na handlowym rynku bez sygnatury, co widziałem ja i nie tylko ja. Sygnaturę łatwiej podrobić niż manierę. A już sygnaturę monograficzną (dwuliterową), i do tego prościutką, bo geometryczną! Dürer miał właśnie taki monogram, najłatwiejszy z łatwych. Fałszowano jego ryciny w całej Europie (geniuszem owego procederu był Wenecjanin Raimondi), fałszowano również malowidła Dürera. Te drugie dopiero po śmierci mistrza te pierwsze - odkąd zaczął tworzyć. Przeklinał falsyfikatorów. Na końcu swego cyklu "Żywot Marii" umieścił groźbę: "Biada wam, złodzieje, plagiatorzy cudzego talentu i trudu cudzego! Strzeżcie się przywłaszczania mych prac!". Nikogo nie wystraszył, mimo że na jego interwencję władze miejskie specjalnymi dekretami zabraniały posługiwać się Dürerowskim monogramem. Gdy umarł, wdowa skupowała i niszczyła fałszywe klocki drzeworytów. Eksperci szacują, że dziś znajduje się w obiegu co najmniej 5 tysięcy (!) falsyfikatów - rycin bezprawnie sygnowanych monogramem Durera.

Czy "Głowa Chrystusa", którą zreprodukowałem wewnątrz "Wysp bezludnych", była takim falsyfikatem? To kwestia dosyć niejasna. Zacznijmy od tego, że Dürer malował, rysował i sztychował Chrystusa często, dając mu kilka razy swoją fizjonomię, co było przejawem typowo renesansowej (neoplatońskiej) megalomanii, i trochę świętokradztwem, lecz każdy z wymienionych motywów posiada swoje alibi. Głośny "Autoportret w futrze" (1500, Pinakoteka monachijska), gdzie Dürer upozował się na Chrystusa Triumfatora wedle gotyckiego schematu ikonograficznego Chrystusa Zbawiciela Świata ("Salvator Mundi")był malarskim echem filozofii szerzonej przez Akademię Florencką (Marsilio Ficino, Pico delia Mirandola) tudzież przez wielkich teoretyków Renesansu (Cennini, Alberti, Leonardo, etc,), filozofii przyznającej ludziom, zwłaszcza zaś geniuszom, moc kreacyjną równą mocy Boga.

Jeszcze śmielsze Dürerowskie "imitatio Christi" - rysunek, którym Dürer swoja nagość ukazał jako nagość cierpiącego Chrystusa - też znalazło wielu obrońców. Bainton pisze (1947), że świętokradztwa tu nie ma, bo "ludzie tamtego czasu funkcjonowali w nieustannym przedstawieniu pasyjnym gdzie każdy mógł grać Chrystusową rolę, więc nie brano za czyn świętokradczy ukazywania siebie na podobieństwo Chrystusa".

Ze wszystkich Dürerowskich projekcji Chrystusa bezkonkurencyjną była dla mnie wspomniana "Głowa", wyzbyta całkowicie bluźnierstwa autoportretowego i ewidentnie odwołująca się do ujęć "veraikonowych" (chusta św. Weroniki), rytualnych w późnym Średniowieczu (zwłaszcza w XV wieku).

Sztycharze często prezentowali chustę, która utrwaliła "cierniem koronowaną" głowę Syna Bożego, lub rysowali samą twarz, a drzeworytem inspirującym sztych Dürera mogła być anonimowa rycina z 1440 roku. A.D. 1513 Dürer wykonał piękny miedzioryt, gdzie dwaj aniołowie trzymają "Veraikon" (il. nr 2). Lecz dla Łysiaka późniejszy drzeworyt bez chusty, sama głowa katowana szpicami cierniowych kolców - był większym cudem. Wbrew powszechnej opinii ceniłem go bardziej niż sławną “Melancholię” (miedzioryt klasyfikowany jako rycina numer I Dürera). I przyszedł i kwietnia 1995 roku - kubeł zimnej wody.

Tę primaaprilisową sobotę przeznaczyłem w całości na kontynuowanie "Malarstwa białego człowieka" (pracy, którą piszę klika lat i którą będę jeszcze pisał kilka lat) - ściślej: na kontynuowanie rozdziału o twórczości Hansa Holbeina Młodszego. Blisko zmierzchu porównywałem Holbeinowski drzeworyt "Dźwiganie krzyża" z Dürerowską "Głową Chrystusa",i aby sprawdzić pewien detal sięgnąłem do wydanej przed sześćdziesięciu laty monografii Heinricha Höhna "Deutsche Holzschnine bis zum Ende des 16. Jahrhunderts", Była fragmentem bibliotecznych zbiorów mojego Ojca, ja nie korzystałem z niej uprzednio. Na stronie 78 zobaczyłem - Głowę

Chrystusa” sygnowaną wielkim monogramem Dürera. Już chciałem przewrócić kartkę, gdy mój wzrok musnął drobnoczcionkowy napisik pod drzeworytem: "Hans Sebald Beham, Głowa Chrystusa". Oczy stanęły mi w słup. Czy ten Höhn zwariował? - pomyślałem. - Dlaczego Dürerowską rycinę prezentuje jako dzieło Behama?!... Natychmiast zajrzałem do indeksu ilustracyjnego- Nota Höhna rozpoczynała się tam od zdania: "<<Głowa Chrystusa<<, wcześniej przypisywana Dürerowi... ". Poczułem ciarki na mózgu. Tak się zaczęło moje całonocne grzebanie wśród setek tomów domowej biblioteki.

Wyciągałem wszystko, co związane z twórczością niemieckich grafików XVI stulecia, wertowałem i mądrzałem. Trochę zbyt późno - mądrość jest jak kobieta, ciągle się spóźnia. W niedzielę rano obalił mnie sen. Po południu zacząłem pisać tekst, który właśnie czytacie.

Tekst ów może być niezupełnie kompetentny, gdyż aby był bardziej kompetentny, musiałbym spędzić parę dzionków wewnątrz Biblioteki Narodowej, Biblioteki Uniwersyteckiej i Biblioteki Instytutu Sztuki PAU, zaś dla Jego kompetencji totalnej - dla stwierdzenia, kto ukradł Dürerowi autorstwo i jakie wytoczył argumenty (przestanki, dowody?) - musiałbym chyba w bibliotekach niemieckich wertować literaturę przyczynkarską końca XIX i dwóch pierwszych dekad XX wieku. Postanowiłem wszakże na gorąco krzyknąć: "mea culpa! " bo czuję się wobec moich Czytelników winny. “Udawanie Greka” jest mi wstrętne, a odkładanie ekspiacji byłoby długie (kwerenda biblioteczna w kraju i za granicą), vulgo: byłoby szaleństwem gorszym, niż szaleństwo dawnej gafy, przemilczać swój błąd tłumacząc się brakiem czasu. Mądry jezuita, Baltazar Gracjan, radził: "Nie czyń dwóch szaleństw, kiedy wystarczy jedno".

Według kalekiej (albowiem tylko podręcznej) bazy źródłowej mogę wnioskować tak:

jedni Niemcy od dawien dawna uważali "Głowę Chrystusa" za pracę "kończoną po śmierci Dürera" przez jego współpracownika, inni - za pracę Dürera wytłoczoną (wydrukowaną) po śmierci mistrza. W XIX stuleciu część niemieckich badaczy widziała już współpracownika samodzielnym autorem, lecz reszta długo broniła praw Dürera do majstersztyku drzeworytniczego. Prof. Friedrich Nüchter jeszcze w 1910 roku, opisując "Głowę Chrystusa jako "dzieło pośmiertne" i wskazując jako wykonawcę "któregoś ucznia Dürera", apelował: "- Stanowi rzecz niegodziwą i nieprawidłową eliminowanie tej ryciny z dorobku mistrza Albrechta, gdyż bez Dürera jej powstanie byłoby zupełnie niemożliwe". Wszelako późniejsi niemieccy historycy sztuki (Höhn i inni) spokojnie czynili "niegodziwość" podając Hansa Sebalda Behama za autora. W fundamentalnej, wielokrotnie wznawianej monografii Wilhelma Waetzoldta ("Dürer und selne Zeit", 1935) "Głowa Chrystusa" jest nieobecna. To, że nawet po wojnie różni autorzy przedstawiali ją jako Dürerowskie dzieło, nie usprawiedliwia Łysiaka, bo pod ręka miałem i pracę Höhna, i rozprawę Waetzoldta (piąte wydanie z 1941 roku), tylko, psiakrew, trzeba było sięgnąć!

Tak więc zgrzeszyłem w "Wyspach bezludnych" ignorancją, gdyż psim obowiązkiem historiografa jest respektowanie aktualnego stanu wiedzy. Fakt, że czuję wątpliwość co do tego stanu wiedzy, że wciąż biorę za trafny sąd prof. Nüchrera, nie może być usprawiedliwieniem, bo nie wolno laboratoryjnych wyników detronizować bez kontrdowodów. A ja nie mam kontrdowodów, mam ledwie własną intuicję i pro-Dürerowskie kontrprzesłanki. Wpierw o tych drugich.

Zbiory Albertiny wiedeńskiej zawierają odręczny rysunek Dürera (il. nr 3) wyobrażający "Veraikon" z głową Chrystusa nieomal identyczną jak na drzeworycie, którego autorstwo sprezentowano Behamowi. Albo ten rysunek jest falsyfikatem

- albo jest to bardzo silna przesłanka broniąca praw autorskich Dürera. Wzmiankowany już miedzioryt z 1513 roku (il. nr 2)

- autentyk bezsporny - stanowi przesłankę równie mocną.

Innych przesłanek broniących praw Dürera dostarcza warsztatowy "modus vivendi" jego ucznia, Sebalda Behama.

Sebaid Beham (imię Hans, które mu przydają, nie posiada żadnego archiwalnego uzasadnienia) był artystą trzeciorzędnym, właściwie kopistą prac swego wielkiego mentora. Wybitny znawca późnogotyckiej i renesansowej grafiki niemieckiej, Wolfgang Hütt, pisze (1973), że drzeworyty Beham tworzył “całkowicie w stylu Dürera". Ale to mało, Beham był również złodziejem prac Dürera. Tuż po śmierci mistrza (i 528) dokonał tak bezczelnego rabunku, że władze Norymbergi szykowały mu sprawę sądową, której uniknął czmychając z grodu. Notorycznie zresztą żerował na zmarłych, czego drastycznym przykładem jest fakt, iż "z dużą niefrasobliwością kopiowa} dzieła swego zmarłego brata Barthela Behama" (Hütt). Gdy się to wszystko weźmie pod uwagę - łatwo sądzić, iż "Głowa Chrystusa" to raczej Behamowska kopia niźli oryginalne dzieło.

Co do intuicji wspartej logiką i nosem estety - kontrargument wyraża się w pytaniu: czy jest możliwe, by trzeciorzędny rzemieślnik, którego wszystkie inne prace (te bezspornie własne) są głębokie jak dykta, uduchowione jak grafika stempla, i przejmujące jak kserokopiarka, mógł stworzyć wstrząsające arcydzieło? Teoretycznie mógł - nie jest rzeczą niemożliwą jednostkowa, wyjątkowa, incydentalna erupcja geniuszu. Ale ja czuję w tym przypadku duże wątpliwości. Beham to młotek, a nie magiczna różdżka. Wielką magię stworzyć bardzo trudno.

Jako grafik (rysownik) i jako rytownik (miedziorytnik i drzeworytnik) Dürer był właśnie wirtuozem, którego współcześni określali: "magus".

Przed Dürerem sztychy są zgrzebne i toporne, mistrz Albrecht dokonał tu rewolucji, bo nadał im finezję bliską malarstwu, wprowadzając ruch, głębię, światłocieniowy modelunek i inne triki wcześniej wykonalne tylko dzięki sztuce pędzla. Było to objawienie, ryciny Dürera stały się wzorcami dla grawerów kilku kolejnych epok. Brytyjski podróżnik, Edward Wright, dowiedział się, wojażując po Europie (1722),iż uwięziony Dürer zrobił w swej celi za pomocą scyzoryka drzeworyt wyobrażający Adama i Ewę na łąkach Raju, za co zwrócono mu wolność. Anegdota jest nieprawdziwa, lecz sam fakt, że funkcjonowała tak długo, stanowi symptom wiele znaczący. Arcy humanista Renesansu, Erazm z Rotterdamu, piał o mistrzostwie rytowniczym Dürera: "Czegóż nie umie przedstawić jednobarwnie, czarną linią! Światło, cień, blask, wklęsłości i wypukłości, i wreszcie to, czego wyobrazić się nie da: uczucia ludzkie, zmysły, myśli, a nawet głos ludzki!".

Drzeworyt "Głowa Chrystusa" to dowód, że słowa mędrca z Rotterdamu są prawdą -można techniką "black and white" oddać nawet głos. Ten sztych ukazujący najbardziej przejmującą twarz syna cieśli z Nazaretu, jaką zna historia sztuki graficznej, emituje głos! Oczy i półotwarte usta wyrzucają pytanie ważniejsze niż wszystkie inne pytania, które kiedykolwiek zadano. Najważniejszym pytaniem człowieka nie jest Hamletowskie “być albo nie być?". Jest nim pytanie, które słychać dzięki sile tego drzeworytu; “Eli, Eli, lamma sabakthani?!”. Czy Sebaid Beham mógł grafitem i rylcem dokonać , tego samodzielnie?

W "Wyspach bezludnych" ostatnia wyspa (nr 21) - ta, której ikonografią jest drzeworyt "Głowa Chrystusa" - nosi tytuł: "LAMMA SABAKTHANI", a treść to krótki wiersz Łysiaka. Druga zwrotka zaczyna się zdaniem:

"Nie pytaj czemu Cię opuścił

wśród świętych którzy kłamią prosto..."

Czemu chwała autorstwa boskiego drzeworytu opuściła Dürera za sprawą historiografii? Dla mnie nie opuściła, ale mój sąd wspierają tylko spekulacje plus fluidy estetyczno-intuicyjne, więc nie wolno mi było podpisywać sztychu nazwiskiem geniusza z Norymbergi. "Bitte um Entschuldigung, meine Damen und Herren!".

Warszawa 2-3 kwietnia 1995 r.

WALDEMAR ŁYSIAK

[WRACAJ] [wróć do strony głównej]